Wysłany: |27 Gru 2006|, 2006 07:40 To tylko dziesięć stron w Wordzie...
Tytuł:
W kącie chaty siedzi przestraszona dziewczynka. Ma około 12 lat. Cała izba jest zakurzona. Piec, stół, krzesła, nawet ubrania. Wszystko jest szare i brudne. W drugim kącie izby, na krześle siedzi matka w ciąży. Haftuje coś. Obraz za oknem wskazuje na przedwiośnie. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi pijany ojciec. Zatacza się i głupio się śmieje. Dziewczynka podbiega i przytula się do ojca:
,,Tatusiu, jak dobrze, że już jesteś! Czekałam na Ciebie!”
Ojciec odpycha ją i pada na pryczę. Matka wstaje i mówi:
,,Ty, moła dobrze wisz, że jak ojciec po pijanemu do domu, to lepij, żeby mu w paradę nie wchodzić.”
Matka z ciężkim westchnieniem siada na krzesło, a dziewczyna zaczyna myć naczynia. Nagle przez izbę przemyka mysz. Dziewczyna podskakuje i upuszcza gliniany garnek. Hałas tłuczonego naczynia budzi głęboko uśpionego ojca:
,,No co ty głupia wyrabiasz?! Pytam sie co?! Ciebie ucze nie odpowiadać ojcu?! No odpowidz!!!”
Ojciec uderza dziewczynę pięścią, w żołądek i popycha ją na ścianę. Wychodzi z chaty. Dziewczyna szlocha, ale przerywa jej matka:
,,Lepij byś jaki obiad ugotowała, Maryna, a nie ryczysz i ryczysz!”
Matka popycha dziewczynę i wraca do swojej pracy. Maryna wychodzi na środek. Kurtyna opada. Zostaje tylko Maryna. Zaczyna smutno, melodyjnie śpiewać:
,,Ojciec mnie bije, matka popycha,
takie jest moje życie.
Ciągłe cierpienie, ból i udręka,
to są codzienne kłopoty.
Ojciec wciąż pije,
potem popycha i bije…
Odkąd matula nosi dzieciaka,
stała się zła i nerwowa…”
Kurtyna podnosi się. Widać duży, nieco zaniedbany, pełen kwitnących drzew i kwiatów ogród. Maryna siada z boku, z lewej strony i skubie źdźbło trawy. Matka trzyma na kolanach chłopca. Obok siedzi ojciec. Rodzice cicho się śmieją. Maryna wychodzi na środek i zaczyna śpiewać:
,,Ach, me serce biedne i niechciane,
matka nie pamięta i ojciec tak samo.
Brat zajął ich głowy i serca,
dusze ich omotał szalem
zapomnienia,
o tej starszej córce wymazał
wspomnienia…
Biedna ja, ach biedna,
niechciana Maryna…”
Dziewczyna kończy grobowym głosem i wybiega w głąb ogrodu zanosząc się płaczem. Opada kurtyna. Rodzice Maryny wychodzą z lewej strony, wpół objęci. Zatrzymują się w połowie sceny. Każde z nich trzyma w wolnej ręce pustą butelkę… Śpiewają:
,,Kilka lat minęło,
O, ooo, ooo…
Wyrosła, wyrosła ta nasza
dziewczyna.
Chłopa se znalazła ta nasza
Maryna.”
Ojciec idzie dalej. Zatacza się i głupkowato się śmieje. Wychodzi za kulisy z prawej strony. Matka jednak odrzuca butelkę i otrząsa się. Jej głos jest pełen surowych, stanowczych nutek, ale jednocześnie słychać w nim matczyną troskę i miłość. Patrzy gdzieś w dal. Jej twarz przybrała anielski wyraz. Maluje się na niej wyraz czułości. Zaczyna śpiewać:
,,Biedna jest ma córka,
co ma teraz ślub…
Ślub jej będzie skromny,
życie jeszcze bardziej…
A posag to będzie
stół, krzesło i garnek,
miska, kołdra, ścierka.
Tylko to dostanie,
ja zaciągnę pasa
no i będę żyć…”
W przystrojonej kwiatami gospodzie siedzą goście weselni. Jedzą, piją… Maryna podnosi się z ławy i staje na przedzie, po środku. Za jej plecami, ale przed gośćmi opada cienki, biały tiul. Maryna zaczyna śpiewać:
,,Jednak się myliłam,
jednak ktoś mnie kocha.
Mój mąż nowy, tak…
Więc i mi dane jest poznać
smak szczęścia, miłości
i zrozumienia…
Czuję, że z nim,
z wybrańcem mym,
będę szczęśliwa…
Nowa droga życiowa,
nowa, własna rodzina,
której jestem seniorką…
Będę najlepszą żoną,
taką anielsko dobrą,
no i wyrozumiałą…”
Tiulowa kurtyna podnosi się. Na sali nikogo nie ma. Maryna przechadza się. Tu podgryza ziemniaka, tu łyknie łyżkę zupy. Nagle wybiega z sali.
Przerwa
W nowym domu Maryny. Minęło kilka lat. Widać to po twarzy Maryny. Po jej zmęczonych oczach. Po wyniszczonych, spracowanych dłoniach. To już nie wystraszona dziewczynka, ani nie roześmiana narzeczona. To kobieta. Kobieta doświadczona życiem. Kobieta, która nie ma co włożyć do garnka.
W izbie stoją dwie prycze, stół, krzesło, piec, kilka garnków i … kołyska z malutkim chłopczykiem. Maryna zaczyna śpiewać:
,,Ach, me życie okrutne,
jak mnie ciężko
doświadczasz!
Dwójkę dzieci
straciłam…
A ten tutaj, mój kochany,
podzieli ich los…
Biedę klepię, to straszne…
Do garnka
nie ma co włożyć.
Tam, w mym domu
rodzinnym
było lepiej niż
tutaj.
Z pryczy siano wyłazi…
Mąż mnie bije,
popycha…
Tutaj jest gorzej niż
w domu…”
Maryna siada na krześle i kryje twarz w dłonie. Płacze. Do domu wchodzi mąż. Maryna natychmiast podrywa się z krzesła.
Mąż (podniesionym głosem):,,Gdzie obiad?! No pytam gdzie obiad?!”
Maryna: ,,Jaki obiad? Nie mam co do garnka włożyć. W tym domu nie można nawet kromki chleba znaleźć. Może gdybyś nie przepijał ciągle to kawałka ziemi, to jakiegoś sprzętu domowego to by był obiad. Tak właściwie to sam siebie pozbawiasz posiłków!”
Mąż chwyta za siekierę do rąbania drewna i uderza Marynę w okolice serca. Dziewczyna upada, a z lewego boku sączy się krew. Mąż wychodzi leniwym krokiem z domu. Martwa Maryna leży. Z kołyski dobiega cichutkie kwilenie niemowlaka. Nie ma nikogo w domu, kto by go pocieszył…
Przerwa
Ciało Maryny nadal leży na ziemi. Maryna-duch stoi obok ubrana w białą, postrzępioną u dołu suknię. Śpiewa:
,,Ach, mój żywot okrutny
nareszcie dobiega końca…
Lecz jeden szczegół
mnie martwi…
A mianowicie
mój mały…
Czuję, że mąż mój
przepije
całą ziemię i dom ,
wszystkie sprzęty, ubrania.
A mój mały chłopczyk,
moja mała pociecha…
On z głodu umrze
i z zaniedbania…”
Śpiewając, Maryna wychodzi na przód, a potem odsuwa się na bok. Tymczasem kurtyna opada, a kiedy się podnosi oczom widzów ukazuje się obskurna knajpa. Widzimy też stół, przy którym siedzi mąż Maryny i jeszcze kilku mężczyzn. Mąż daje barmanowi kilka sukienek i garnków, w zamian za trzy butelki najtańszego alkoholu. Maryna (nadal stoi z boku) znów zaczyna śpiewać:
,,A więc tak jak myślałam,
więc przepija me rzeczy…
A gdy go jeszcze kochałam
był on innym człowiekiem.
Teraz będzie pijany,
będzie głupio się śmiał…
Dół wykopie głęboki
bez ceregieli me ciało
wrzuci…
Bez żadnego pogrzebu.
Dom przepije,
majątek…
Wszystko straci
doszczętnie…
A mój ogród, ma duma
całkowicie zmarnieje…
Jest jeszcze mój
synek, moja mała
pocieszka.
Mąż go zaniedba…”
Kiedy Maryna zaczyna śpiewać o losie syna, kurtyna opada. Na scenie zostaje Maryna. Powili przechodzi na lewą stronę. Kurtyna podnosi się. Widzimy chatę Maryny. Jej ciało wciąż leży na podłodze. Jest noc. Z kołyski nie dobiegają żadne odgłosy. Nie widać, żeby coś się w łóżeczku ruszało. Maryna podbiega tam na palcach i chwilę nie może utrzymać równowagi, chwieje się. Zaczyna szlochać. Nadal płacząc, śpiewa:
,,Noc jest ciemna gwieździsta,
synek płakał szloch, szloch.
Coraz ciszej i ciszej chlip, chlip.
W końcu przestał szloch.
Jego żywot dobiegł końca,
cierpienia ustały…
Bardzo chciałam
mu pomóc,
ale się nie udało.
Ach, me życie było
pełne kłamstw
i cierpienia…
Gdy mała jeszcze byłam
traktowano mnie
jak popychadło…
A gdy znalazłam
mą miłość,
przynajmniej tak
mi się zdawało,
bo to nie człowiek był,
a zwykły łotr…
Po ślubie wciąż
cierpiałam…
Byłam bita, wciąż bita…
Mąż przepił dom,
ogród, majątek cały…
Zabił, zagłodził
dzieci me.
Mnie samą skazał
na śmierć…
Całe życie me
było cierpieniem…
Same kłamstwa,
potyczki
i niepowodzenia…”
Śpiewając, Maryna opada na kolana. Klęcząc pomstuje nad losem. Przeklina życie. To tylko niewyraźny bełkot, ale można wyczuć, że ma pretensje do życia. Kurtyna opada.
Sztuka odnosi wielki sukces.
Tak, tak. Kiedyś mi się nudziło i to napisałam... Teraz czas na Was. Wysilcie się i napiszcie komentarze!
_________________ Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni!!!
Prosiłaś o komentarze.
Więc tak.
Generalnie poprawność stylistyczna na cztery, błędów ortograficznych (razem z interpunkcją) niewiele.
Pomysł dobry, motyw rzadko powtarzający się w literaturze. Fabuła pokręcona, momentami tak przesadzone, że zbierało mi się na śmiech a mniemam, że powinno zbierać mi się na płacz.
Unikaj tych wierszopieśni, nie przesadzaj z opisami, bardziej pisz z wewnątrz siebie.
Do tego dochodzi młody wiek autorki, więc pisz, pisz, pisz, jak najwięcej. Dojdziesz do wprawy.
Ocena, biorąc pod uwagę wszystkie kryteria - 3+ / 4-
Edit: Nie wydaje mi się, żebyś to sama pisała.
_________________ muros erigunt, mores neglegunt ^^
co prawda na ortografii interpunkcji, stylistyce itp się nie znam, ale patrząc na ten tekst i oceniając go jako osoba trzecia a nie krytyk dałbym 6 w skali 1-5,
bardzo mi się podoba to co napisałaś, jak doradza Emmari, tak i ja dołącze, pisz, pisz, pisz, a będzie z ciebie dobry literata, ja sam też powoli zaczynam książkę pisać ale to tylko do szuflady, wiersze też, i tak sobie leżą i kurzą się, gratuluje ci pomysłu, bardzo dobrze wszystko opisane, gdy czytałem to, czułem się jak bym był widzem, brawo !
bardzo dobry temat rozwinęłaś, to nasza polska chora rzeczywistość ...
mors not fugit
_________________ Prawdziwych przyjaciół na palcach zliczę, gdy odejdę zapalą mi znicze.
Emmari, oki, pogrzebie w mojej szufladzie na czasie wolnym i przepisze, to nie jest poezja, bo to aby o tak pisałem ale przedstawie wam, teraz lece do roboty, wieczorem morze zdąże
_________________ Prawdziwych przyjaciół na palcach zliczę, gdy odejdę zapalą mi znicze.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach